ALE BAŁAGAN W TYCH DOMOWYCH PORZĄDKACH!!!!!!!!!!!!!!! Zamiatamy pojęciowe śmieci, odkurzamy zaśniedziałe poglądy a z fartucha robimy sztandar nowej udomowionej filozofii dla chłopców i dziewczynek.
środa, 11 lipca 2012

Praca twórcza jest jak praca domowa kobiet. Każdy widzi efekt finalny – książkę, obraz, rzeźbę... Ale nie każdy zdaje sobie sprawę z ogromu pracy i często twórczej męki, która prowadzi do ich ukończenia. Tak jak z bałaganem i porządkiem. Wszyscy widzą ten pierwszy, nad powstaniem drugiego nikt się nie zastanawia. Po prostu jest. A przecież porządek nie robi się sam.

 

Dlatego też do listy postulatów związanych z ochroną praw autorskich, którą moja grupa „Kreatywnego pisania” stworzyła na zajęciach z prof. Nasiłowską, dodałam punkt 6:


„6. Praca twórcy jest traktowana jak praca domowa kobiet - niewidoczna. Każdy widzi bałagan, ale nie każdy wie, że porządek nie robi się sam.”


Uważamy, że istnienie poniższych postulatów w sieci jest ważne. Dlatego zamieszczam je wszystkie tutaj, aby więcej osób mogło się z nimi zapoznać. A także by pomyślało, choć przez chwilę, co robią, kiedy nielegalnie, nie ponosząc żadnych opłat, ściągają teksty z internetu. Koszty są tylko po stronie twórcy. Każdy przyzna, że nie jest to uczciwa sytuacja.

 

Nie wątpliwości, co do postulatu 4. i 5., że „Dzieło to owoc pracy”, a „Praca powinna być wynagradzana”. Na pracy twórczej (jako przykład weźmy pisarza), oprócz autora, zarabia jeszcze redaktor, korektor, grafik, drukarz, dystrybutor, księgarz. Oczywiście każda z wymienionych osób ma swój niepodważalny wkład w produkt finalny, jakim jest dzieło gotowe do sprzedaży.


Z pracy domowej kobiet korzystają dzieci, partner, rodzice, teściowie, państwo. Dzieci, jako przyszli pracownicy, zarabiający na nasze emerytury. Partnerzy, mogący pracować zawodowo dłużej i więcej. Rodzice i teściowie, którymi w razie choroby najczęściej opiekują się kobiety. Państwo, bo zrzuciło na nie większość prac opiekuńczych.

 

I tak jak mówi punkt 7 „Interes państwa i społeczeństwa polega na rozwoju twórczości rodzimej”, tak w przypadku pracy na rzecz rodziny – interes państwa i społeczeństwa też od niej zależy.  

 

Ze względu na piractwo w sieci oraz brak socjalnych zabezpieczeń dla osób, pracujących tylko i wyłącznie w domu, oba te zagadnienia powinny stać się przedmiotem poważnej dyskusji.

 

Postulaty

 

1. Jesteśmy za rozwojem platform cyfrowych umożliwiających dostęp do utworów literackich i innych dzieł;
2. Książka powinna żyć dłużej niż towar w hipermarkecie kultury;
3. Potrzebna jest kampania społeczna, uświadamiająca wagę praw autorskich;
4. Dzieło jest owocem pracy;
5. Praca powinna być wynagradzana;
6. Praca twórcy jest traktowana jak praca domowa kobiet - niewidoczna. Każdy widzi bałagan, ale nie każdy wie, że porządek nie robi się sam.
7. Interes państwa i społeczeństwa polega na rozwoju twórczości rodzimej;
8. Potrzebne jest zrozumienie dla greckiej paidei: idei pracy, twórczości i uczenia się, uszlachetniających całe życie;
9. Dzieło powinno wchodzić w jak najszerszy obieg i być przedmiotem poważnej dyskusji;
10. Popieramy festiwale literackie jako okazję spotkań z publicznością i spotkań twórców, umożliwiającą wymianę idei;
11. Prawa autorskie przysługują każdemu;
12. Twórca ma prawo decydować, kto zarządza jego prawami;
13. Nie wolno pozbawiać twórcy wpływu na los dzieła;
14. Jesteśmy za różnorodnością form dostępu do utworów literackich (księgarnie, biblioteki, targi, sprzedaż internetowa);
15. Autor powinien móc zdecydować o skróceniu 70-letniego okresu ochrony praw autorskich po śmierci, przeniesienie jego utworów do domeny publicznej mogłoby się odbywać z chwilą jego śmierci;
16. Teksty podpisane przez autorów wolno cytować z internetu z podaniem źródła i autora, o ile nie jest to użycie komercyjne;
17. W wypadku wykorzystania tekstu w celach komercyjnych trzeba pytać autora o zgodę, a po jej uzyskaniu - podpisać umowę autorską i wypłacić honorarium;
18. Musimy chronić język literacki, tworzywo naszej twórczości i środek porozumiewania się;
19. Demokracja powinna wyzwalać siły twórcze i chronić wolność słowa;

20. Na wszystkich piszących i zabierających głos w przestrzeni publicznej spoczywa odpowiedzialność moralna za głoszone poglądy i propagowane postawy.

wtorek, 27 grudnia 2011

      Czas wreszcie nazwać rzeczy po imieniu. Dość owijania w bawełnę. Dość niewolnictwa kobiet. Pitolenia o heroicznych matkach Polkach. Nadszedł czas buntu i wyzwolenia. To moment, by zawalczyć o ojcostwo. By wydobyć je z cienia i postawić w świetle reflektorów.


 

Wysłuchałam dziś rozmowy w „dzień dobry tvn” na temat podziału obowiązków domowych między partnerów/małżonków. Wzięli w niej udział: Sylwia Chutnik, Paulina Holtz, Paweł Poncyliusz oraz Żora Korolyov. Panowie swoimi wypowiedziami niestety się pogrążyli. Temu młodszemu urodziła się właśnie córka, a ten starszy ma czworo dzieci, którymi na co dzień zajmuje się ich matka.  Korolyov mówił, że pomaga (sic!) przy dziecku. Pierwsze kąpiele córki to było dla niego wyzwanie, „poradzę sobie, czy nie”. Teraz to on musi wyruszyć na polowanie, a żona, co naturalne, zostać przy niemowlaku.


Paweł Poncyliusz też się dzieli obowiązkami domowymi z żoną. Jest odpowiedzialny za noszenie ciężkich rzeczy, np. siat z zakupami. Lista sprawunków jest dla niego przygotowana, bo on nie widziałby, co kupić.

Paulina Holtz przytomnie zauważyła, że jeśli partner nie wie, co kupić, to cóż w tym trudnego, żeby otworzył lodówkę i zorientował się, czego brakuje.


Kobiety zdecydowanie lepiej zaprezentowały siebie i swoje związki. Zastanawiam się więc, czemu nie zaproszono chociażby męża Holtz, który w domu gotuje i robi zakupy. Zaproszono tylko tych „pomagających”, a nie tych, którzy aktywnie wychowują SWOJE dzieci, czy prowadzą SWÓJ dom.


Sylwia Chutnik wspomniała, że szkolne podręczniki wciąż pełne są stereotypów. Ania lata ze ścierką, podczas gdy Jasiu przygotowuje się do wyprawy kosmicznej. Poncyliusz niby się zgodził, że to rzeczywiście krzywdzące i tak być nie powinno, ale przecież koniec końców owa Ania matką prędzej czy później zostanie.

 

Co w sytuacji, kiedy ona matką nie będzie, a Jasiu zostanie ojcem?

 

piątek, 02 grudnia 2011

współczesny mężczyzna?

Ma sekrety i ma święto-wstręt. Wiecznie ugania się za pieniędzmi, za bytem swoim i rodziny.  Nie ma głowy do ceremonii. Żyje z dnia na dzień. Od celu do celu. Lubi, kiedy się go wyręcza, lubi występować w roli dziecka. Ma w nosie wiele nieważnych pierduł, niektóre spotkania są dla niego bezprzedmiotowe, nie rozumie działania wieeeelu niepotrzebnych akcesoriów. Frustruje się przy bardziej złożonych zadaniach. Oczyma duszy widzi swoją kuchnię w płomieniach. Umie myśleć tak jak go nauczono. Szlag go trafia, gdy błądzi między sklepowymi półkami. Musi nauczyć się czynności samoobsługowych, bo nie ma tej umiejętności wrodzonej. Chce błyszczeć, mieć dużo, mieć większe, mieć osiągnięcia, mieć szacunek.

Jeśli to jest definicja, to wśród znanych mi kobiet jest bardzo wielu współczesnych mężczyzn.

          Bardzo współczuję współczesnym mężczyznom. Uświadomiłam to sobie zaraz po przeczytaniu rozmowy Grzegorza Giedrysa i Tomasza Szlendaka zatytułowanej „Sekret męskiego święto-wstrętu”. Rozmowa od wczoraj (01.12.2011r.) do przeczytania w najnowszym numerze Wysokich Obcasów Extra.

 

Zdjęcie zamieszczone nad rozmową, znakomicie ją ilustruje i od razu nawet bez czytania tekstu wiadomo, o czym on będzie. Na rysunku (no, oczywiście że humorystycznym! To tylko feministki nie mają poczucia humoru przecież!) widzimy parę – żonę i męża. Żona z nosem a la Pinokio, w lekkim rozkroku z rękami opartymi na biodrach. (Dokładnie taką minę i pozę przyjmuję wtedy, kiedy chce pokazać moim uczniom, co oznacza po angielsku słowo „angry”.)

Mąż obok nagi z łukiem, wygląda jakby rzucał się w pogoń za dziką zwierzyną, którą naturalnie musi upolować, bo to przecież świadczy o jego męskości, bla bla bla. Znamy to znamy. I już właściwie to wszystko. Nie ma potrzeby, by całą tę rozmowę czytać, bo wszystko wiadomo.

Ale wróćmy jeszcze do sprawy mojego współczucia. Współczesny mężczyzna widziany oczami pana socjologia Szlendaka wypada wręcz koszmarnie. Nie pamięta, kiedy urodziło się jego dziecko. Nie ma głowy do świąt, spotkań towarzyskich. Gdy planuje swój ślub, to tak naprawdę „ma to gdzieś.” (cytat z rozmowy). Zapytany przez partnerkę w październiku, gdzie chce spędzać sylwestra, nie wiem, co odpowiedzieć, bo podobno myśli on krótkoterminowo. Jedyny wyjątek stanowią dwuletnie fundusze inwestycyjne, dzięki którym będzie mógł zdobyć pieniądze na nowe auto. Jest mniej potrzebny swoim dzieciom, więc i nie snuje długoterminowych planów.

Współczesny mężczyzna uwielbia posiadać żonę, bo ta niczym idealna kelnerka bardzo się przydaje, kiedy przyjdą goście – „o nic nie musi się martwić i wszystko jakoś się samo znajduje. To żona dyryguje całym tym towarzyskim przedsięwzięciem.”

Mężczyzna XXI wieku inaczej mierzy czas niż jego partnerka, której życie błogo płynie sobie w kolejnych cyklach: owulacyjnym, rodzinnym, instytucjonalnym (gdzie sama pracuje, i gdzie oczywiście pracuje jej mężczyzna), szkolnym (on pewnie nie ma pojęcia, w której klasie jest jego dziecko).

Nowoczesnego mężczyznę męczy rytmiczność rytuałów, dlatego, że mało go obchodzą międzyludzkie relacje. Gdyby miał ugotować kolację wigilijną złożoną z 12 potraw z pewnością wysadziłby w powietrze całą kuchnię. Choć tu pan socjolog jest łagodniejszy, bo tylko przyznaje, że byłoby to bardzo trudne.

Wyobraźnia mężczyzny jest bardzo ograniczona. Nie potrafi przewidzieć, co złego mogą sobie przez przypadek zrobić jego małe dzieci. (Dlatego tak na wszelkie wypadek, drogie mamy, nie zostawiajcie nigdy swoich dzieci z ich ojcami). Mężczyzna jest jednoprzełącznikowy, jak ogląda film, to nie będzie dziecka w tym samym czasie pilnował. Nie da rady.

Współczesny facet nie czyta w pociągu czy autobusie, bo nie potrafi się skupić w trudnych warunkach, gdzie jest gwar i hałas.

W hipermarkecie też się nie odnajduje, bo złośliwi architekci tak je projektują, żeby tylko kobiety dały sobie radę z zakupami. Jeśli nie otrzyma dokładnych wskazówek, co ma kupić, to kupi tylko to, co lubi, zapominając przy tym, że ma dziecko, które też coś przecież jada.

Kobiety mają łatwiej. Nie muszą w cierpieniu uczyć się samodzielnego życia po wyprowadzce od rodziców. One to mają w genach! A mężczyzna dopiero po kilku wizytach w supermarkecie wie, co to bazylia i że „firanki nie unoszą się same w powietrzu, ale na miejscu utrzymują je żabki.”

Mężczyźni nie angażują się w prace domowe, oprócz gotowania, bo z nimi nie wiążą się pochwały społeczne, prestiż, czy splendor. Gotowaniem można komuś zaimponować, a już dobrze umytą podłogą nie. W kuchni mogą rywalizować, w praniu ręcznym raczej nie. No, chyba że zorganizują sobie konkurencję, kto pierwszy, ten lepszy.

Naprawdę bardzo mi przykro, że nowoczesny mężczyzna musi czytać o sobie te wszystkie bzdury. I to gdzie???? W jednym z najbardziej poczytnych i opiniotwórczych polskich magazynów.

 

czwartek, 01 grudnia 2011

Koło Gospodyń Miejskich działające przy fundacji MaMa 22 listopada br. konferencją prasową zainaugurowało kampanię społeczną, która ma na celu promowanie równego podziału obowiązków domowych w rodzinie.

 

Podczas tego wydarzenia została zaprezentowana ulotka „Czy ustaliliście już podział obowiązków domowych?” Ulotka będzie dostępna w warszawskich szkołach rodzenia.

Tutaj szczegóły 

 

I rewelacyjna ulotka



ulotka Fundacji MaMA

Ulotka Fundacji MaMa

 

poniedziałek, 07 listopada 2011

Kim był bohater narodowy/narodowa bohaterka?

 

Pierwsi, którzy przychodzą na myśl to: Jan Paweł II, Kościuszko, Joanna d’Arc, Traugutt, Owsiak, Wałęsa, Piłsudski, Emilia Plater, Winkelried, Bubulina, Otylia Jędrzejczak, Amelia Earhart…

Zwykle czyta się o nich tak: ożenił się, ślub odbył się, małżonkowie przeprowadzili się, urodził się w rodzinie o tradycjach patriotycznych, ruszyła do boju kierując na siebie uderzenie przeciwników, przez swój czyn uznawany jest za symbol poświęcenia własnego życia dla dobra ojczyzny, poprowadziła armię do kilku ważnych zwycięstw, jako jedyna kobieta przyjęta do tajnej organizacji, szkolił się, studiowała, wyróżniała, cechowało go, odegrał pierwszoplanową rolę, zdobyła złote medale dla Polski, godnie ją reprezentowała, jako pierwsza kobieta…

O kobietach bohaterkach dodaje się jeszcze: została powtórnie wdową z siedmiorgiem dzieci, służenie narodowi przedłożyła nad szczęście własnej rodziny, osierociła…

 

Kim jest bohater naszych czasów? Dziś (07.11.2011) możemy z całą pewnością powiedzieć, że kapitan Wrona. Jego zdjęcie znalazło się na pierwszej strony weekendowego wydania Gazety. Pod nim tytuł „Kapitan Wrona myje naczynia”.

Cały artykuł to próba odpowiedzenia na postawione w podtytule pytanie: „kim jest człowiek, który spokojnie ląduje bez kół?”

Pierwszy akapit, jest o tym, że mężczyzna – kapitan wykonujący jeden z najbardziej cenionych i stresujących zawodów - myje naczynia, lubi porządek i nawet sam go zaprowadza.

Z pozostałych akapitów wynika, że kapitan Wrona to przeciętny człowiek. Ma żonę, dzieci, poucza kierowców, równo pisze, bierze zastępstwa w pracy, idealnie pucuje samoloty.

Przeciętny, ale też i niezwykły. Bezpiecznie wylądował w ekstremalnie trudnych warunkach. To mężczyzna, który „rano idzie do kuchni i sprząta bałagan z poprzedniego dnia” oraz „to jedyny człowiek (…) który zmywa naczynia, zanim je włoży do zmywarki.” Oczywiście po to, aby „były perfekcyjnie czyste”. „(…) jak jest w domu, to grabi liście, czyści rynny, sprząta. On to bardzo lubi.” Nie tylko „kłóci się o porządek”, ale też skutecznie zwalcza bałagan własną pracą.

Po lekturze artykułu dylemat „czy 53-letni bohater jest zwyczajny, czy niezwykły” wciąż wydaje się nierozstrzygnięty.

 

poniedziałek, 10 października 2011

Nasz bałagan na Forum Blogerów w najbliższy weekend w Gdańsku:-)

Bardzo się cieszymy, że tak niszowy temat, jak nieodpłatna praca domowa kobiet, zaistnieje na tej wielkiej blogerskiej imprezie.

A może ktoś z naszych komentatorów/komentatorek lub stałych czytających też się wybiera?


niedziela, 09 października 2011

 

 Absolutnie nie mam czasu napisać relacji z naszego pobytu na II Akademickim Kongresie Feministycznym i dlatego w końcu ją piszę.

 

Może także dlatego, że przeklarowało mi się w głowie kilka rzeczy.

 

F jak fryzury. Mam dziwne wrażenie, że feminizm łączy się z fryzurą. Połowa fryzur na sali mocno odbiegała od tego co oglądam na co dzień w swoim niewielkim mieście. Nie mogę się od tego uwolnić, mimo że minęło tyle czasu. Tak sobie myślę – o co chodzi… Może o to, że ktoś deklarujący zainteresowanie feminizmem z automatu musi być mentalnym kolorowym ptakiem, który widzi to co wszyscy, ale postanawia o tym mówić i dziobać za tym, żeby tak nie było… i zostaje rarogiem śpiewającym w obcym języku. Z jakiegoś powodu taka puenta jest dla mnie bardzo, bardzo przykra. Tak, ja lubię być rarogiem. Tylko to trochę straszne, że problemy widzą niby ‘wszyscy’, ale rozwiązań szukają tylko ci z dziwnymi fryzurami, mówiący do siebie w salach kampusu UJ.

 

E jak ekonomia feministyczna – najważniejszy i z roku na rok rosnący w Polsce w siłę kontekst pracy domowej kobiet. Po sesji na ten temat mamy dwa wyjścia – zamknąć blog i przekierować ruch na think-thank feministyczny lub przeżuwać think thank po kawałku i próbować go popularyzować w tej naszej niszy. Będę przekorna i ponownie powiem, że szkoda, że tak mało kobiet wie, że po ich stronie stoją tak świetne kobiety z tak mądrymi ideami. Dobra, okej, coraz więcej wie. Dobra, okej, one tego nie nazywają ekonomią feministyczną. Dobra, okej. O to właśnie mi chodzi, że nie nazywają. 

 

M jak Marta. Bardzo się cieszę, że mogłam spędzić ten czas z moją współbloggerką.

 

I jak interesy. Różne grupy społeczne mają różne interesy. Różne kobiety też. Różne kobiety pracujące w domu też. Różne feministki też. Niby rzecz oczywista a warta zauważenia i jak najczęstszego werbalizowania, bo o nią rozbija się wiele pomysłów, inicjatyw, idei, debat.

 

N jak Nasycenie. Strasznie, strasznie, strasznie dużo sesji i trudnych wyborów, bo tak dużo działo się naraz. I jak to w życiu - rozsądnie nie okazywały się rozsądne, romantyczne prowadziły do rozwagi.

 

I jak identyfikacja. Nie wiem kim jestem, nie wiem gdzie jest moje miejsce w ruchu. Słowo feministka ma dwie oczywiste konotacje: badaczka lub działaczka. Nie badam, nie działam, więc co?

 

Z jak zło konieczne. Polityka to zło konieczne. Kulejące (właściwie leżące i zdychające) instytucje publiczne to zło konieczne. Wymachujące nam przed nosami na każdym kroku stereotypy (zwalczymy je edukacją, ale trzeba czasu, czasu, czasu) to zło konieczne. Beztrosko się pleniący, bezrefleksyjnie aplikowany tradycjonalizm roli płciowej to zło konieczne. Marginalizacja problemów dyskryminacji nierówności w mainstreamie to zło konieczne. Rzeczywistość to zło konieczne. Za dużo tego zła koniecznego jak dla mnie. Rozumiem wszystkich ludzi, którzy jakoś to racjonalizują i skoro biorą udział w złych koniecznościach, to zapominają o idei i wizji.

 

M jak miłość (haha). Sesja o socjologii rodziny, badania jakościowe nad partnerstwem w polskich związkach małżeńskich i obijające się w mojej głowie pytanie: „ile polskich mężatek uważa się za feministki”.

 

 

Jakaś puenta? Hmmm. Jakąś puentą będzie nasza publikacja w „Recyklingu Idei”. Dobrze by było także, gdyby puenta rozciągnęła się na wszystkie następne wpisy na bałaganie:)

 

 

 





poniedziałek, 26 września 2011

Siedzimy z kantą w Krakowie i celebrujemy spotkanie w realu w pięknych okolicznościach feministycznej "przyrody".

Przyjechałyśmy na II AKF z wystąpieniami o feminizmie w blogosferze i o internetowych dyskusjach o pracy domowej i podziale obowiązków w związku, produkujemy się w grupie "Feministyczne media" i "Ekonomia feministyczna", słuchałyśmy także o opresji i oporze oraz o historii polskiego feminizmu.

Przemyśleń jest sporo, zahaczonych i zaczepionych wątków mnóstwo, kontekstów i kontrowersji więcej niż można sobie wyobrazić. Jak wrócimy to zapodamy sprawozdanko i pewnie jeszcze przez pół roku będą się nas te zahaczenia trzymać.

Pozdr, trzymajcie za nas kciuki - zwłaszcza jutro po południu.

sobota, 24 września 2011

W dzisiejszych Wysokich Obcasach (24 września 2011r.) reklamują polski film „Ki”, który wchodzi na ekrany 30 września. Jest nawet rozmowa ze scenarzystą – Pawłem Ferdkiem.

 

Hasło na plakacie głosi: „Nie polubisz jej” i odnosi się do głównej bohaterki, która jest kobietą i młodą matką (Zaznaczenie płci i kolejność celowe. Dlaczego? Będzie o tym więcej na końcu).

Nie wiem, dlaczego autorzy tego, z pewnością chwytliwego, hasła założyli, że widzowie nie polubią Ki. Kobiety, która, jak mówi sam scenarzysta, „jest sama, musi być matką i ojcem jednocześnie. (…) stara się sprostać sytuacji najlepiej jak potrafi, nie na pół gwizdka.” Ki „staje na głowie, by (dziecko) nie było balastem. Ono motywuje ją do utrzymania pionu w życiu.”

Podczas tegorocznego festiwalu filmowego Nowe Horyzonty, na którym obraz był prezentowany, po projekcji odezwały się głosy, że Ki nie da się lubić, bo jest matką patologiczną. Oburzyły mnie te głosy i wprawiły w stan osłupienia, ponieważ nikt z dyskutujących nie zająknął się nawet na temat ojca dziecka, który po prostu zdezerterował. To on jest w moim rankingu pierwszy do nielubienia. Rozstanie z Ki stało się dla niego rozstaniem również i z własnym synem. Nie był dla syna oparciem ani emocjonalnym, ani finansowym.

Ki natomiast jest kobietą, której różowo-słodko-kaszkowa wizja idealnego macierzyństwa, promowana przez kolorowe magazyny, seriale, rozmowy z gwiazdami, etc., kompletnie nie odpowiada. Czy to jest powód, żeby jej nie lubić? Jak widać w naszym kraju, tak.

Sam scenarzysta zauważa, że Ki „nie rezygnuje w macierzyństwie z siebie”. Jest matką, bo nie ucieka, tak jak ojciec dziecka. Kocha swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej, ale jest też i kobietą. Bohaterka ta skupia w sobie konflikt o którym w swojej ostatniej książce pisze Badinter. Książka ma tytuł „Konflikt. Kobieta i matka”.   

Według tego, co pisze Badinter, Ki na kształt Francuzek jest „matką przeciętną”, a nie idealną matką Polką, która poświęca siebie, z siebie rezygnuje. Badinter zauważa: (tłumaczenie własne)

„Dla nich (matek przeciętnych) macierzyństwo jest koniecznym czynnikiem rozwoju, ale niewystarczającym. Nie chcą z niczego rezygnować. To, co można powiedzieć o „przypadku Francuzek” to to, że w przeciwieństwie do większości Europejek korzystają od dawna z prawdziwego uznania ich kobiecej tożsamości samej w sobie. Żłobki i przedszkola (…) dla dzieci dwu i dwuipółletnich są dowodem przyzwolenia społecznego na bycie matką w niepełnym wymiarze czasu. Ani matki, ani teściowe ani nawet ojcowie nic tu nie mają  do powiedzenia. Żadna presja społeczna czy moralna nie ciąży na nich, aby być matką na pełny etat. Nawet w przeciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka.”*

Na nielubienie i potępienie Ki nie zasługuje. Prezentuje po prostu inny, od opiewanego dziś, model macierzyństwa. Nie lubić i potępić należy ojca dziecka, partnera Ki, który zdezerterował z rodzicielstwa, opuścił swojego syna.  

Film polecam!

* Badinter tłumaczy, że dzięki takiemu podejściu kobiet Francja ma obecnie jeden z najwyższych współczynników urodzeń w Europie. 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
SPIS TREŚCI BLOGA
kantallupa, naja i ich blog - bałagan
spiżarnia - półki pełne informacji
blogi - poezja i proza codzienności
blogi kobietologiczne
mądrale
inne wcielenia
kantallupa czyta
tu pisuje, tu bywa naja
autorki bloga - kontakt
zGGadaj się z nami!
Krewni i znajomi królika




Pokochaj świat, zacznij od siebie. Podaj dalej!

statystyka